maraton, maratony, półmaraton, biegi, bieganie, biegowe zawody sportowe  
30.03.2020.
Advertisement
Dotychczas był tylko nieugięty i twardy Drukuj Poleć znajomemu
Spartathlon 2009
fot. archiwum
Gdy po Mistrzostwach Polski w biegu 24. godzinnym w Rudzie Śląskiej (2009) zapytałem retorycznie Andrzeja Urbaniaka o najbliższe plany, usłyszałem wypowiedziane pewnym głosem - "wymarzony i długo oczekiwany Spartathlon", 25 września tego roku".

 

 

 

 

 

Spartathlon 2009
fot. archiwum
Spartathlon 2009
fot. archiwum
I stało się -  Andrzej pokonał  246 km w 34:47:07 i zajął 87 miejsce. Zwycięzca osiągnął czas 23:48:24 a ostatni z zawodników 36:11:00. Do biegu wystartowało 320 uczestników a ukończyło 133. Oprócz Andrzeja starowało jeszcze 13 polaków z których 6 nie ukończyło biegu.

 
  

Spartathlon 2009
fot. archiwum
SPARTATHLON - to najtrudniejszy bieg ultramaratoński, prowadzący z Aten do Sparty (246 km). Na jego pokonanie jest limit 36 godzin. Od 1983 roku ukończyło go w sumie nieco ponad tysiąc osób. 

Kilometr 1.

Spod Akropolu startujemy o 7. rano.. Wokół mnie 345 podobnych mi szaleńców. Wszędzie Japończycy. Wystartowało ich 70. a dobiegło 30., nas było 15, dotarło 8.
Biegam długie dystanse maratony na rozgrzewkę, 100 kilometrów nazw. rozruch, a na poważnie biegi 12- i 24-godzinne. 200 km nie robi już na mnie wrażenia, choć za każdym razem muszę swoje odcierpieć. To nie ma jednak znaczenia. Liczy się pokonywanie bariery własnych możliwości.

Początek to wycieczka. Malownicza trasa, z lewej morze Egejskie, z prawej nie tylko ładne widoki, ale i powabne Greczynki. Żartuję. Na razie w miarę chłodno, kilometry umykają spod stóp. Jestem dobrze przygotowany. Tak mi się wydaje. Pireus, przede mną Korynt.

Jeszcze parę lat temu, gdyby ktoś powiedział mi, że samotne pokonywanie kilometrów będzie sprawiać mi taką radość, popukałbym się w czoło. Teraz to zupełnie inna historia. Mam za sobą występy w mistrzostwach świata z orzełkiem na piersi, byłem w Korei, we Włoszech, zdobyłem brązowy medal mistrzostw Polski. Szkoda tylko, że tak niewielu obchodzą moje sukcesy. To rodzi bunt, ale biegam dla siebie. I garstki przyjaciół, którzy wspierają mnie w mojej pasji.

Kilometr 80.

Na razie jest dobrze, choć temperatura powoli rośnie, a trasa zaczyna mnie nużyć. Długie podbiegi, krótkie zbiegi. Megara, Korynt i Elass zaliczone. Spokojnie mieszczę się w limicie czasu. Inni również. Chociaż nie! W Koryncie odpadli koledzy z regionu - Ryszard Kałaczyński i Piotr Paduch.
Pech. Rysiek biegł ósmy raz. I ósmy raz nie dał rady. Jak go znam znów spróbuje

W tym roku organizm zaczął trochę przegrywać z kontuzjami. Od kilku miesięcy doskwiera mi noga. Powinienem dać jej odpocząć. Ale nie! Na zaproszenie do Grecji trzeba sobie zasłużyć i nie mogłem stracić okazji. To było moje największe marzenie.

Zaczyna się. Noga boli jak cholera, czuję, że pod stopami porobiły mi się bąble. Z trudem mieszczę się w czasie na każdym z (75) punktów kontrolnych. Ale nie ma zmiłuj, spóźnienie i sędziowie zdejmą człowieka z trasy.

Niestety, źle policzyłem sobie, gdzie mam jeść i pić. Kilka punktów, w sumie 30 km, robię "na sucho”. Trasa robi się kamienista, zbliżamy się do gór. Biegnę już kilkanaście godzin. Dam radę!

Zaczyna zmierzchać. Odczuwam zmęczenie, bolą mnie nogi, boli mnie kręgosłup. Chce mi się pić, łapią mnie skurcze, a najgorsze dopiero przede mną. Niedługo słynna i straszna góra Sangas

Musiałem skorzystać z masażu, ale to tylko pogarsza sprawę. Wykrzywiło mi nogi. Potworny ból. Nie dam rady!!! Masażysta to jednak cudotwórca, zaś kilku kolegów, którzy odpadli, pomaga mi wstać. Pchnęli mnie, ruszam jak automat. Z każdym krokiem wraca krążenie, czuję, że znów mogę biec, iść, nieważne, pokonywać kilometry. Oby w czasie.

Kilometr 120.

Spartathlon 2009
fot. archiwum
Spadam w klasyfikacji, kolejne punkty zaliczam chyba cudem. Minęliśmy Nemeę na 124. kilometrze, coraz bliżej Sangas. Kilkanaście kilometrów lekko w górę. Pęcherze nie dają biec. W kolejnym punkcie ściągam buty. Lekarz patrzy, kiwa głową, coś mówi. Nie słucham, chwytam skalpel z jego torby, przecinam pęcherze, naklejam plastry, wkładam kolejną parę butów, biegnę. Właściwie coraz częściej idę, bo wszystko lata mi przed oczami. Do tego wysiadła latarka. Droga oznaczona lampkami wiedzie wąską ścieżką, tuż nad przepaścią. Tylko nie spaść!

To już prawie 170 km. Tu jeden to jak dwa po płaskim. Spoglądam w górę. O, jezu! Nie widzę szczytu. Jak się tam wdrapię? Przeżywam rozterki, bo przede mną 1260 metrów wspinaczki. Choś jestem ciepło ubrany, trzęsę się z zimna, bo wieje jak diabli, a temperatura, po upałach dochodzących do 35 stopni, spada teraz do zera. Zaciskam zęby, idę. Będzie wstyd jak wrócę do domu z niczym.
Ślizgam się na kamieniach, raz o mało nie łamię nogi, bo bez latarki wciąż nic widzę. Dochodzę do dwóch Francuzów, razem jakoś pniemy się w górę. Mam halucynacje. Wreszcie jest! Szczyt. Francuzi siadają, poddają się. Pożyczam latarkę, staram się trochę biec, bo balansuję na krawędzi czasu. Teraz już z górki? Nie, każdy kolejny kilometr wydaje się wiecznością. Zaczyna świtać.

Kilometr 200.

 

Niestety, zaczyna też padać. Mam dość, ale jakoś posuwam się do przodu. Jak automat. Ale nie tylko ja. Potem okaże się, że po Sangas została nas jedna trzecia. Jestem cały obolały, przemoczony. Marzę, żeby to wreszcie się skończyło. Łykam tabletki przeciwbólowe, magnez, żelazo. Niewiele to daje. Całe ciało krzyczy: Przestań! Połóż się! Odpocznij! Ale nie ja. Teraz się nie poddam. Chyba, że stracę świadomość i zniosą mnie z trasy. Jak wielu innych, za ręce i nogi do szpitala polowego albo wyciągniętych z krzaków po kolejnym rzyganiu, gdy nie byli w stanie wstać z wycieńczenia. Za mną już Tegea, zaliczam dwusetny kilometr. Coraz bliżej Sparty.

Kolejny punkt, miasto na "M”, już nie kojarzę, wiem, że za mną 222 kilometry. Dochodzę do kolegi, rodaka. Mówię: biegnijmy razem, będzie raźniej. Kiwa głową, że słyszy, bo nie jest w stanie nic powiedzieć. Prowadził ślepy kulawego... Humor nas nie opuszcza.

Kolejne dwa "zombie” z Polski. Jest nas już czterech. Damy radę. To już sobota? Ponad 30 godzin na trasie. Chyba zmieścimy się w limicie. Potem dowiem się, że Japończyk Sekiya, mistrz świata, człowiek-maszyna, w tym czasie już od kilku godzin odpoczywał na mecie. Ale rekordu nie pobił. Nie miał szans. Sami Grecy przyznali, że tegoroczny bieg odbył się w anormalnych warunkach.

Kilometr 245.

Doczłapiamy do Sparty. Teraz lepiej, raźniej. Coraz więcej ludzi, także Polaków z flagami. Klaszczą, wiwatują. Dzięki temu zapominamy o bólu. Łapiemy się za ręce z Leszkiem Rzeszotko, Staszkiem Olbrysem i Andrzejem Burkiem, z biało-czerwoną flagą przekraczamy metę. Po 34 godzinach, 47 minutach i 7 sekundach. Oddaję hołd Filipiddesowi, bo to jednak możliwe. Łzy płyną mi po twarzy, choć pada deszcz i maskuje moje wzruszenie. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem, że się nie poddałem. Przebyłem swoją drogę krzyżową. Wystarczy.

Co w zamian? Najpierw kroplówka, potem miła uroczystość na rynku w Sparcie. Tam dostaję certyfikat ukończenia biegu, będący przepustką na wszystkie światowe imprezy, medal, wawrzyn na głowę i tyle. Czy teraz, gdy mam to za sobą, spróbowałbym znów? No pewnie! Też pytanie...



ANDRZEJ URBANIAK - ma 50 lat, jest pierwszym bydgoszczaninem, który ukończył Spartathlon (zaliczył go także torunianin Tadeusz Spychalski). Reprezentuje TKKF "Skalny” Fordon oraz Zawiszę Bydgoszcz, którego jest pracownikiem. Do biegu przygotowywał się trzy lata.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Webdesign by Webmedie.dk Ny hjemmeside